Ten blog istnieje w mojej głowie już od dawna. Jednak dopiero wczoraj znalazłam w sobie siłę, by go założyć, ale zabrakło mi już energii na jakikolwiek wpis. Dziś tak naprawdę sił też do tego nie mam, ale jest powód. Naprawdę dobry powód. "Dobry". Szkoda. Nie planowałam tego, życie jak zwykle zdecydowało za mnie.
Właśnie dowiedziałam się, że wyniki biopsji guza na tarczycy mojego taty są złe. Wykryto obecność komórek nowotworowych. Zacisnęłam zęby, jakoś zniosłam tę wiadomość i przetrwałam rozmowę z siostrą, ale gdy tylko się rozłączyła, rozpłakałam się jak małe dziecko. Czułam, że wieści nie będą dobre i moje przeczucia niestety lubią się sprawdzać. Tym razem znowu się udało. Niestety.
Od przeszło 6 lat nie mieszkam z rodzicami, od 2 przebywam poza granicami Polski. I właśnie od września 2013 roku tak naprawdę rozumiem, ile dla mnie znaczy rodzina. Zawsze czułam się mocno związana z siostrą, rodzicami, ale dopiero mój wylot z Polski uświadomił mi, jak bardzo są dla mnie ważni. I teraz, gdy śmierć wisi w powietrzu, pragnę rzucić wszystko i być z tatą, wspierać, pocieszać, przekonywać go, że wszystko będzie dobrze. Wierzę, że będzie i boję się jednocześnie, że może nie być. I nadal wierzę. I płaczę.
Dlaczego o tym wszystkim piszę? Bo pisanie zawsze mi pomagało. Pisanie pozwala zebrać myśli i emocje, poukładać je jakoś, oswoić. Pisanie uzmysławia mi z jakimi problemami się borykam, czym się zadręczam, pisanie pomaga mi lepiej zrozumieć siebie. A poza tym nienazwane nie przemija. Nazywam więc rzeczy po imieniu: RAK. Przeminie.
Teraz będzie już tylko lepiej.